wtorek, 4 grudnia 2012

Płaszcz, nowy łup!

Wiem, wiem.. Miałyśmy nic nie kupować. Tu jednak mamy wytłumaczenie! Obie nie mamy zimowej kurtki/płaszcza. Ja na co dzień chodzę w skórzanej ramonesce a Kasia w brązowej parce. Niestety nawet na Wielką Brytanie nasze nakrycia wierzchnie zawodzą, więc nie obyło się bez kupna nowego, cieplejszego. Obie zamówiłyśmy ten sam płaszcz ze strony dorothyperkins.com. Skorzystałyśmy z promocji -30% +darmowa przesyłka +zniżka dla studentów (całkiem nieźle).


Płaszcz jest częściowo wełniany, a rękawy uszyte są z a'la skóry. Płaszcz spodobał nam się tak bardzo, że nie przeszkadza nam fakt, iż będziemy wyglądać jak siostry a raczej jak Flip i Flap. Co do nas przemówiło? Kolor, krój? Wszystko. Naszym zdaniem jest przepiękny! Oczywiście nie obyło się bez problemów.. Podczas zamawiania serwis dorothyperkins pobrał pieniądze dwa razy! NO COMMENT.. Oczywiście w banku  tego nie załatwiłam, w sklepie dorothyperkins również.. Musiałam dzwonić przez 3 godziny do biura klienta dorothyperkins i nikt nie odbierał, automatyczna sekretarka doradziła mi żebym napisała do nich maila.. O Wielkiej Brytanii i o niedorzecznych rzeczach związanych z nią na pewno pojawi się notka, bo nawet byście nie uwierzyły/uwierzyli co tu się wyprawia! 

To tyle, napiszcie jak Wam sie podoba nasz nowy płaszczyk? Jeszcze do nas nie dotarł ale mam nadzieję że w tym tygodniu już będziemy w nim śmigać. Jesteście już zopatrzone na zimę?

Pozdrawiam E :)

niedziela, 2 grudnia 2012

The Body Shop vs The Body Shop - pojedynek maseł

Idzie zima.
A co się z tym wiąże? Nawilżanie ciała! Przynajmniej w moim wypadku - uwielbiam w zimę się balsamować i po chwili wskoczyć w ciepłą piżamę i do łóżka. Masła z The Body Shop zawsze były dla mnie czymś nieosiągalnym, ze względu na ich zawrotną cenę. No bo kto (i po co?) lekką ręką wydaje 70 złotych na mazidło do ciała? Produkt kultowy, zachwalany wszem i wobec, ale jednak pieruńsko drogi. Na szczęście (albo i nieszczęście) masła często można upolować na promocji, co zrobiłyśmy z Ewą i za każde zapłaciłyśmy około 5 funtów, więc jeszcze nie tak źle. Ewa kupiła sobie Grejfrut i Cytrynę a ja zdecydowałam się na Mango i Aloes. Wydawało mi się, że wszystkie masła różnią się tylko kolorami i zapachami, ale jak się okazało, wcale tak nie jest.

(od razu przepraszam za brak zdjęć - nie mam odpowiedniego aparatu, pogoda sprawia, że w moim domu jest wiecznie szaro, więc żadne zdjęcia nie wychodzą..)



Przede wszystkim - konsystencja. Denerwuje mnie nalepianie etykietek "masło" na każdym produkcie do ciała, który zamknięty jest w słoiczku a z masłem nie ma nic wspólnego. Masło, jak to masło, powinno być zbite i twarde. I taki jest właśnie Aloes - rozpuszcza się pod wpływem ciepła, jednak w opakowaniu jest twardziusieńki. Jeśli przewrócimy słoiczek do góry nogami to nic z niego nie wypłynie.

Mango z kolei jest, moim zdaniem, zwykłym balsamem do ciała, może trochę bardziej gęstym, ale na pewno nie nazwałabym tego masłem! Bardziej budyniem.

Jeśli chodzi o konsystencję wygrywa zdecydowanie Aloes - świetnie się rozprowadza, pod wpływem ciepła palców topi się szybciutko i tak samo szybko się wchłania.

Po drugie:
wchłanianie. Mango wchłania się o wiele wolniej i lubi zostawiać na skórze ciciki (nie wiem czy to słowo  istnieje, czy używa go tylko moja mama). Aloes wchłania się natychmiastowo, nie zostawia żadnej warstwy i nic się do niego nie przykleja. 

Po trzecie
nawilżanie. Tutaj ciężko jest mi stwierdzić różnice, ale na upartego, wydaje mi się, że Aloes nawilża lepiej. Nie ma to jednak znaczenia bo obydwa masła nawilżają świetnie, skóra jest po nich mięciutka, gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Cena jednak chyba robi swoje, bo po Bodyshopowych masłach mam Najmilszą Skórę Świata.

I tu znowu plus do Aloesu. Ale..

4. Zapach
Mango mango mango!!! Przepiękny zapach, niechemiczny, bardzo świeży. Kojarzy mi się ze słońcem, wakacjami, aż ma się ochotę go zjeść. Uwielbiam się nim wysmarować (a raczej być wysmarowana. P :*) i otulić się kołdrą i zasypiać przy tym zapachu. Zostaje na skórze dość długo, piżama też nim pachnie - 10/10. Uwielbiam!

Aloes jest bezzapachowy. Może coś tam czuć w opakowaniu, troche pudrowy, lekki zapach ale nic a nic nie pachnie na skórze. A szkoda, naprawdę.

Podsumowując:
Aloes jeśli chodzi o nawilżenie, konsystencję i wchłanianie wygrywa pojedynek. Jeśli jednak miałabym wybrać któreś z maseł wybrałabym Mango za rewelacyjny zapach.

Jako że masła powoli mi się kończą zaopatrzyłam się w kolejne - Kandyzowany Imbir. Za zawrotną cenę 3! funtów. Pachnie obłędnie, a konsystencją wpasowałby się między Mango a Aloes - więc ideał. Zobaczymy jak się sprawdzi :)

A Wy, jakie macie doświadczenia z masłami The Body Shopu? Polecacie jakieś inne?

Buziaki
K

czwartek, 29 listopada 2012

Przegląd olejów :)

Cześć dziewczyny!

Już czwartek, jeszcze piątek i mamy weekend. Mam nadzieję, że dobrze Wam mija ten tydzień i nie przepracowujecie się zbytnio ;) Dzisiaj notka o moich olejach, na których pewnego czasu miałam ogromnego bzika! Troszkę mi przeszło szaleńcze kupowanie ponieważ zorientowałam się ile tego mam... Dopiero po zrobieniu zdjęcia doszło do mnie, że trzeba zacząć projekt denko! Bardzo się cieszę z tego powodu, ponieważ chcę się już pozbyć tych zalegających butelek! Mając w posiadaniu wiele roznych olejków pewnie myślicie, że moje włosy są jak te z reklamy Pantene czy L'Oreal. No niestety nie, lecz muszę przyznać,że oleje w dużej mierze pomogły mi w regeneracji mojego sianka. Niedługo szykuję jakąs aktualizację włosową, więc bądźcie czujni:))


Zacznijmy od lewej:



Green Pharmacy Olejek łopianowy z czerwoną papryką, najnowszy nabytek znaleziony przypadkowo w Naturze. Obietnica producenta? Podobno przyspiesza porost włosów. Opinie na wizażu ma naprawde dobre. Zobaczymy, chyba zostawię go na sam koniec denkowania.



Castor oil czyli klasyczny olej rycynowy. Jest bardzo gęsty, raz nałożyłam go na całą głowę i bardzo żałowałam tej decyzji - musiałam go zmywać chyba z 4 razy zanim się wypłukał. Jaki mam sposób na niego? Dodaję dosłownie kropelkę do innego oleju lub do maski/odżywki. Świetnie również sprawdza się do brwi i rzęs.



Olejek arganowy 100% naturalny. Słynny olejek nazywany 'marokańskim złotem' wydobywany w jednym miejscu na świecie za pomocą tradycyjnych metod. Jeden z droższych olejów. Problem polega na tym, że jak już go kupiłam to szkoda mi go było używać (głupia). Olej znany jest ze swoich leczniczych właściwości. Wykorzystywany w kosmetyce ma działanie nawilżające i  ujędrniające. Jak go stosuję? Czasem nakładam na noc na twarz, albo tak jak w przypadku rycynowego dodaję trochę do odżywki/maski. Muszę go bardziej potestować i powiem Wam czy to marokańskie cudo naprawdę jest warte zachodu!


Olej makadamia- Dostaltysmy do testowania dzięki serwisowi archipelag piękna. Z powodu małej ilości (10ml) wcieram go w końcówki i sprawdza się świetnie.


Vatika firmy Dabur kultowy olej kokosowy z henną, amlą i cytryną. hmmm,co by tu powiedzieć? Pewnego czasu byłam nim dosłownie oczarowana. Co mnie w nim denerwuje: zapach- zbyt intensywny, dla mnie pachnie jak Rafaello (nienawidzę), oraz konsystencja- olej wymaga podgrzania przed aplikacją. Oprócz tego jest calkiem fajny ale męczę go już od długiego czasu. Jedną butelkę zużyłam, następną kupiłam o pojemności 300ml i ją męczę i męczę! 


Alverde czarna porzeczka i paczula. O tym olejku dowiedziałam się dzięki blogosferze. Niestety jest niedostępny w Polsce oraz w UK ale to nie znaczy, że nie udało mi się go zdobyć. Sprytna Kasia wyszperała na allegro i dzięki niej jestem posiadaczką tego olejku. Zapach- obłędny, aż chce się jeść. Dobrze działa na moje włosy, nie obciąża i łatwo się spłukuje. Czy kupię ponownie? Pewnie nie ponieważ nie mam dostępu i mam wrażenie, że działaniem nie różni się od olejków Alterry.


Alterra limonka i oliwa z oliwek. Nie znam osoby, która by nie słyszała o tych olejkach! Wypróbowałam wszystkie a najlepiej sprawuje się u mnie właśnie ten: limonka z oliwą. Moje włosy są bardzo puszące się i sianowate. Po tym olejku stają się sypkie i wygładzone! Co jeszcze? świetny zapach, oraz przystępna cena! Uważam, że to jeden  najlepszych produktów, które można dostać w Rossmanie.

Nie zostaje mi nic innego jak systematycznie olejować włosy i obserwować ich poprawę. Używałyście któregoś z tych olejków? Może są tu Wasi ulubieńcy!                                                                           

wtorek, 27 listopada 2012

Bajer dla leniwych, czyli lakier do paznokci w dziwnej formie.

Witam Was w ten piękny i deszczowo-pochmurny wtorek!

Musimy się z czegoś wyspowiadać. Listopad (tak od połowy) był bardzo dziwnym miesiącem dla mnie i dla Kasi. Nagle złapał nas szał zakupowy i nakupiłyśmy rzeczy, które co prawda kiedyś chodziły nam po głowie, ale w sumie nie myślałyśmy zamiaru kupna (zwłaszcza w jednym miesiącu, a raczej 2 tygodniach). Paleta Urban Decay i tarty Yankii Candle to przedsmak naszych zakupowych szaleństw! Jeszcze czeka Was notka o wspaniałych masłach z The Body Shop i pięknych torebkach z ZARY.

TAK... to wszystko w 2 tygodnie.....Przechodząc do sedna, bardzo się wciągnęłyśmy w wir zakupów, ale co zrobić gdy funduszy BRAK? Wszystkie zbrodnie przeciwko naszym portfelom popełniłyśmy on-line. Sieć to największa pokusa,wystarczy niewinnie kliknąć i koniec, stało się! zakupom internetowym narazie mówimy nie. Wczoraj z Kasią urwałyśmy się z połowy baaardo nudnego wykładu. Zawsze jak to robimy to wybieramy się na naszą High Street w Aber liczącą 3 sklepy na krzyż i 'szalejemy'. Ale co tu zrobić jak w portfelu w portfelu jeden funt (na autobus)?- oj nie poszalejemy. Jak to nie, przecież mamy Poundland! (notka o poundlandzie KLIK). Uradowane możliwością zakupów pomaszerowałyśmy do funciaka. Zobaczcie co kupiłam:



Lakier-odżywka z Sally Hansen w naklejkach. Widziałam, już różne formy naklejek na paznokcie ale tego jescze moje oczy nie widziały. Podobno ma trzymać się na paznokciach do 14 dni!.... wątpię, ale zobaczymy. Ja im daje 3 dni max. Jutro sobie zaaplikuję i codziennie będę robić zdjecię z 'progresem'. Aha i co ciekawe, czy rzeczywiście wzmocni paznokcie? Zobaczymy. Kolor ładny i cena też nie brzydka. Spróbuję zwłaszcza, że nienawidzę malować paznokci! NIE UMIEM.

Widziałyście kiedyś taki bajer paznokciowy? Jeżeli któraś z Was używała, proszę o opinię;)

buziaczki E

poniedziałek, 26 listopada 2012

Tarty od Yankee Candles.

Zobaczcie jakie słodkości dostarczył nam dziś listonosz :)! Aż 10 tartów od słynnego już Yankee Candle. Macie ochotę na bardziej szczegółową recenzję poszczególnych zapachów? 


sobota, 24 listopada 2012

Luksusowy bubel i niekompetentne ekspedientki..

Witajcie dziewczęta!

Dzisiaj notka o podkładzie, który miał szansę zostać moim ulubieńcem ale niestety mu nie wyszło :(

Yves Saint Laurent, Le Teint Touche Eclat

Podkład rozświetlający super-mega-hit ulubieniec wielu kobiet, idealny do KAŻDEGO rodzaju cery. Jak sprawdził się u mnie? Moja przygoda z tym 'cudem' zaczęła się całkiem przypadkowo. W październiku czekała mnie spontaniczna wizyta w Polsce, a co za tym idzie, strefa bezcłowa - taka okazja nie mogła mnie ominąć, z resztą w planach i tak miałam kupienie podkładu. Sumiennie odłożyłam pieniądze, żeby kupić swój wymarzony podkład. Po wejściu na strefę bezcłową momentalnie zostałam przytłoczona wszystkimi stoiskami zagranicznych marek Chanel, Dior, Givenchy, BeneFit, Estee Lauder, MAC, Lancome, YSL, Clarins, Clinique, Laura Mercier, Guerlain, Bobbi Brown i inne! Jednym słowem: zgłupiałam.

Jeżeli chodzi o zakupy lotniskowe, to zawsze ograniczałam się do perfum, i to takich które wcześniej wywąchałam i byłam pewna w 100%. Teraz było trudniej... wiedziałam, że szukanie podkładu nie będzie takie łatwe. Dzień przed przylotem naczytałam się chyba setek recenzji na temat podkładów, kilka nawet miałam na oku. Kręciłam się wokół stoisk jakąś dobrą godzinę i coraz bardziej wątpiłam, że kupie cokolwiek. Odważyłam się poradzić PRZEmiłej Pani z sektora YSL, ktora z pewnością widziała jak bezradnie krążę wokół tych wszystkich kosmetyków. Pyta  czego szukam, wiec odpowiadam grzecznie - podkładu. OO super, zaraz pani coś znajdziemy mamy świetne podkłady idealne dla pani. Jej wielki uśmiech   był nie do opisania. No cóż, ja zagubiona wiadomo- pomoc potrzebna.

Obyło się bez żadnych pytań o moja cerę (dziwne, zawsze konsultant pyta jaka mam cerę czego oczekuje od podkładu itp itd). Pomyślałam - pewnie zna się na swoim fachu wystarczy, że spojrzy na moją twarz i już wszystko wie. Leci do gablotki z nowościami i prezentuje mi Le Teint Touche Eclat mówiąc, że to jest podkład właśnie dla mnie. Yyyy, że co? Dzień przed natknęłam się na niego na wizażu. Przecież to lekki podkład rozświetlający, powiedziałam i dodałam, że szukam czegoś o mocniejszym kryciu z efektem matu  ponieważ mam cerę mieszaną, skłonną do błyszczenia się. Nie, nie, nie ten będzie lepszy, proszę usiądź i zaraz cie pomalujemy. Za 20 min miałam otwarcie bramek do samolotu wiec niechętna byłam na zabawy w malowanie. No ale ta kobieta była tak mecząca, wiedziałam, że tak łatwo nie odpuści. Siadam, Pani wybrała mi kolor X który był najgorszym z możliwych. Kolor był różowy z domieszką pomarańczu. Szybko powiedziałam ,ze ten będzie raczej za ciemny i szukam czegoś z żółtym pigmentem, a nie różowym. "Zobaczy pani jak nałożę". No szlag mnie trafiał...z zaciśniętymi ustami dałam się packać kolejna warstwą podkładu (Tak, mój makijaż nie został zmyty! A Pani ekspert dokładała kolejny kolor na mojej twarzy). Byłam tak umordowana podróżą a z drugiej strony tak podekscytowana szukaniem podkładu idealnego, ze było mi wszystko jedno. Przecież ta Pani wie co robi. No nic, po nałożeniu patrze w lustro: szok! Moja twarz wyglądała niewiarygodnie świeżo i promiennie. Wszystko zakryte, wykończenie wprost idealne, takie jakiego szukałam: lekki mat jak i również rozświetlenie. Kolor tez dobry. Coś nie tak, czemu na mojej ręce została pomarańczowa plama? No nic, po oglądnięciu się w lustrze dookoła z każdej strony  nie widziałam żadnych zacieków czy plam. Podjęłam decyzję - kupuję.

Po 2-godzinnym locie spojrzałam w lusterko z ciekawości jak radzi sobie mój nowy podkład. Co ujrzałam? Pomarańczowe plamy na twarzy, i bardzo nieestetyczne błyszczenie się. Oh ciśnienie mi się podniosło, ale stwierdziłam, że to może wina aplikacji albo tego, że produkt został nałożony na inny (inne). Podczas kolejnych dni pobytu w Polsce dawałam mu szansę, nie jedną i nie dwie. Z bazą-bez bazy z pudrem-bez pudru. Nałożony pędzlem, gąbeczką czy palcami zawsze dawał świetny efekt na początku, po 30-60 minutach zaczynał zanikać zostawiając plamy. W sumie porównała bym go kolorem i jakością do kremu BB Garniera, który jest bublem dla wielu osób (dla mnie z resztą też - recenzja). Jest mi bardzo przykro, ponieważ wydałam 20 funtów, (co ciekawe w Douglasie ten podkład kosztuje 199zł - czyli dwa razy więcej!) a podkład nie spełnił ani jednej obiecanej funkcji na mojej twarzy. Na domiar złego, podkład jest bardzo, ale to bardzo perfumowany, co z kolei mocno podrażniło moją skórę twarzy. Na początku myślałam, że to wina zmiany wody ale gdy po tygodniu odstawiłam podkład wszystko wróciło do normy. Nie chciałam go wyrzucać, bo było by to najgłupsze co mogłam zrobić, więc zaproponowałam siostrze, która jest starsza i ma inną cerę. Niestety u niej było to samo: podrażnienie (pierwsze słowa przy aplikacji: Ewa strasznie szczypie mnie buzia), oraz kiepska wytrzymałość. Po namysłach co by z nim zrobić zostawiłam go mamie, która ma cerę dojrzałą. Podkład jest głęboko nawilżający, rozświetlający o średnim kryciu więc może jej podpasuje. Dla mnie bubel, niczym nie różniący się od Garniera. Nie chcę go kompletnie przekreślać, ponieważ z tego co wiem to po prostu nie nadaje się on do cery mieszanej czy tłustej. Smutne jest to, że dałam się omamić na lotnisku przez ekspedientkę, która po prostu chciała mi wcisnąć nowość. Gratulacje, chociaż jej ta transakcja  wyszła na dobre... Po testach, uważam, że podkład idealnie będzie się nadawał do cery dojrzałej ponieważ nie nada efektu maski a ładnie nawilży i rozświetli zmęczoną i cienką skórę (CZEKAM NA OPINIĘ MAMY).




Tak więc poszukiwania podkładu idealnego trwają nadal, niestety metodą prób i błędów :(

Dziewczyny próbowałyście go? Słyszałyście o nim?

Jaki podkład polecacie do przetestowania?

piątek, 23 listopada 2012

No i stało się.. Kupiłyśmy..

Tak to właśnie jest z pokusami na blogach - Iwetto pochwaliła się swoim zakupem paletki Naked 2 i jakoś tak wyszło...

Że kliknęłyśmy dwa razy paletke Urban Decay Naked..
W końcu Black Friday i 20% taniej. I z darmową dostawą.. O tu.

Macie? Używacie?

Buziaki
K i E

Sezon na gorącą czekoladę uważam za rozpoczęty!



Zawsze w okresach jesienno-zimowych na moich paznokciach goszczą przygaszone, ciemne kolory. Pewnie nie tylko ja tak mam, ale nie wiem z czego to wynika. Jakoś nie wypada nosić żółtych czy zielonych paznokci kiedy za oknem szaro! Kiedyś próbowałyśmy współlokatorom wytłumaczyć różnicę między "portfelem na lato" (czyt. w niebiesko-białe marynarskie paski), a portfelem na resztę pór roku, ale nie dało się, więc może koniec tych wywodów.

Kolor czekoladowy na paznokciach chodził na mną już długo, szukałam i szukałam we wszelakich sklepach, aż w końcu znalazłam.. u siebie w pudle z lakierami. Podejrzewam że lakier jest Ewy, bo nie pamiętam żebym go kupowała, więc Ewa, jak coś to zgłoś się po niego :* 
Przed państwem lakier Bell z serii Fashion Colour Niestety nie mam pojęcia jaki to kolor, naklejka się dawno zdarła. Podejrzewam jednak iż jest to numerek 313.


Uwielbiam ten kolor, nie ma w sobie żadnych czerwonych tonów, jest po prostu czekoladowy. Na paznokciach mam jedną warstwę, która w dodatku wyschła, bez Seche Vite, w jakieś pięć minut. Nie wiem ile się trzyma, bo zmywam lakiery zazwyczaj po dwóch dniach (szybko mi się nudzą).



No nic tylko zjeść..

czwartek, 22 listopada 2012

Mój ulubiony olej do włosów - Amla.

Cześć!

Od ostatniej notki minęło już półtora miesiąca, wiele się pozmieniało, ciężko jest nam się zabrać za systematyczne uzupełnianie bloga, a szkoda, bo mamy tyle do powiedzenia :( Dziś, nie wiem jakim cudem, zabrałam się do pisania pierwszej od ho-ho czasu recenzji. I to nie byle jakiej, bo mojego ulubionego oleju do włosów. 

Moja przygoda z olejowaniem zaczęła się już dawno, a pierwsze olejki, które mnie zachwyciły to znane już wszem i wobec olejki Alterry. O firmie Dabur i ich olejach na blogosferze jest głośno już od dłuższego czasu, a ja na Amlę miałam chrapkę jeszcze wcześniej ale a) ich olejek Vatika nie powalił mnie specjalnie i b) nie miałam gdzie Amli dostać, a często kupowanie na allegro czy na ebayu wychodzi mnie dwa razy drożej. Pomyślałam więc że poczekam aż wrócę do Polski i tam go kupię. Ale, jakimś cudem, znalazłam go w sklepie w naszym małym Aberowie - a to naprawdę sukces, bo pół roku temu szukałyśmy olejku rycynowego to panie w drogeriach i aptekach robiły takie oczy - O.O. Używam od trzech miesięcy - i uwielbiam!

(z góry przepraszam za zdjęcia, ale dziś rano obudził nas deszcz i za oknem szaro i buro)

Obietnica producenta:
Olejek zawiera wyciąg z owoców amla (amalaki - agrestu indyjskiego), sprawia, że włosy stają się sprężyste, zdrowe, błyszczące. Będziesz mieć wrażenie, że włosy są odżywione od środka i mieć poczucie lepszej pielęgnacji. Amla ma świeży, orientalny zapach, jest sekretem pięknych włosów kobiet z Indii. (wizaz.pl)

Moja opinia:


Opakowanie: plastikowa buteleczka z nakrętką. Nic specjalnego i niestety nic poręcznego. Przez to że otwór jest dość duży oleju wylewa się za dużo. Ja nadal nie opanowałam techniki dozowania i często kończę z tłustymi plamami na dywanie, bo aż mi się przelewa ten olej między palcami.



Zapach i kolor: no cóż, kwestia sporna. Mnie się podoba, Ewa określa go jako "Pani Walewska" - trochę babciny, kadzidłowy, ciężki. Zostaje na włosach nawet po umyciu więc może być uciążliwy. Kolor jest, jak widać, ciemnozielony, lubi zostawiać plamy na poduszce, barwi wodę - co akurat dla mnie jest plusem bo przynajmniej podczas mycia włosów widzę czy się wypłukał :D

Konsystencja i wydajność: olej, jak na olej, jest bardzo rzadki i płynny - a co za tym idzie, średnio wydajny. Zużycie po 3 miesiącach, przy aplikacji raz na tydzień widzicie na zdjęciu.



Działanie: no i tu zachwyty! Mimo że nie jestem super systematyczna w jego używaniu, a dodatkowo na opakowaniu producent radzi używać go trzy razy w tygodniu (czyli musiałabym używać go przed każdym myciem) to widzę efekty i to spore. Nakładam go zawsze na noc i rano myję głowę dwa razy. Wypłukuje się tak samo przy szamponach z SLSem jak i bez. Przede wszystkim, z czego się najbardziej cieszę, Amla sprawia że moje włosy są puszyste. Jestem posiadaczką włosów prostych jak druty i oklapniętych i żadne pianki ani lakiery mi nie pomagają, tym bardziej dziwi mnie to że działa na nie olej! Włosy są błyszczące, supermiłe w dotyku i nawilżone. Nie plączą się (tak bardzo jak normalnie). Całe szczęście nie przyciemnił włosów i, niestety, nie wpłynął na ich porost. Mam wrażenie, że włosy są dłużej świeże i podatniejsze na stylizacje. Na pewno zagości w mojej kosmetyczce raz jeszcze, aczkolwiek kuszą mnie też innego jego wersje (więc skończy się jak zawsze - kupię ten i dwa inne :P)

Cena: ja zapłaciłam za niego 3 funty i z tego co widzę na allegro cena waha się w okolicach 15 złotych za 200 ml produktu, więc nie tak źle.

Skład: Light liquid paraffin, RBD Canola oil, RBD Palmolein oil, Parfume, EXTRACT,TBHQ, CI 47000, CI 616565, CI 26100.

Podsumowując: Polecam zdecydowanie do włosów suchych, zniszczonych i lubiących się plątać i kołtunić.

Na pierwszym miejscu mojej Listy Upragnionych Olejów wciąż plasuje się Sesa - jeśli macie, używacie i możecie porównać - piszcie proszę! A na razie w kolejce czeka prezent od Ewy z Polski.. :)



Buziaki!

K

piątek, 28 września 2012

Peeling cudo?

Cześć i czołem!

Nie ma już sensu chyba pisać, że przepraszamy za naszą nieobecność - bo robimy to chyba w każdej notce ostatnio. Tak niestety czasem bywa - ale to, że nie piszemy nie oznacza, że Was nie śledzimy! :)

Dziś pierwsza notka o produkcie, który dostałyśmy w ramach współpracy. Zaznaczamy od razu, że to nie wpłynęło na naszą ocenę w żaden sposób - kosmetyk jest po prostu dobry, dlatego należą mu się ochy i achy :)



Obietnica producenta:
Peeling z pestek truskawek drobnoziarnisty powstaje w wyniku wysuszenia ziaren, a następnie ich zmielenia. Idealny produkt do usuwania martwego naskórka z twarzy. Po zastosowaniu peelingu skóra staje się gładka, jędrna i odświeżona. Peeling poprawia mikrokrążenie oraz dotlenia skórę i ułatwia usuwanie toksyn. Peelingi dostarczają także skórze cennych witamin, kwasów owocowych i kwasów tłuszczowych.

Zastosowanie:
Produkt przed użyciem najlepiej wymieszać z wybranym olejem lub bazą kremową, ułatwi to rozprowadzenie produktu na ciele.
Przechowywać w temp. pokojowej, w szczelnie zamkniętym opakowaniu.

Nasza opinia:

Opakowanie: Peeling zamknięty jest w plastikowym opakowaniu z zakrętką. Takie "słoiczki" są chyba najlepsze - mamy pewność, że wykorzystamy cały produkt, ponadto widzimy ile nam jeszcze zostało. Peeling przeżył wiele podróży i upadków i nic się jeszcze z nim nie stało. Trzeba jednak uważać przy otwieraniu, bo lubi zbierać się na wieczku i wysypywać.

Zapach: jeśli myślicie, że truskawki w nazwie będą pięknie i smacznie pachnieć, to jesteście w błędzie. Niestety. Peeling pachnie jak pokarm dla rybek! Na szczęście nie przeszkadza to w aplikacji, nie czuć go na skórze.



Konsystencja i wydajność: peeling jest bardzo drobno zmielony, ale niestety ma dość spory minus. Przez to, że jest to produkt naturalny musimy się przygotować na to, że wielkość drobinek jest przeróżna, co widać z resztą na zdjęciu. Utrudnia to trochę aplikacje, jedne drobinki ścierają, a drugie pałętają się nam po twarzy dopóki ich nie zmyjemy. My dostałyśmy opakowanie 50g, używamy go regularnie od paru tygodni i nie widać żadnego ubytku (!). Peeling jest naprawdę dość mocny i nieźle ściera.

Działanie: no właśnie! Używałyśmy go na wiele sposobów - mieszałyśmy z olejkiem (drugie zdjęcie), kremem do mycia twarzy z Alterry (trzecie zdjęcie) i z wodą (czwarte). Mieszanka peeling+olej jest najmniej komfortowa - bo po co peelingować twarz, skoro zostawiamy na niej tłustą warstwę z oleju i nie czujemy efektów? Najlepszą opcją jest dodanie go po prostu do naszego żelu do mycia twarzy i robienie dwóch rzeczy na raz - peelingowania i oczyszczania.
Peeling zostawia naszą twarz ultragładką - naprawdę, pupa niemowlaka! Po regularnym używaniu twarz jest rozświetlona, koloryt wyrównany - trudno jednak określić, czy to zasługa jedynie peelingu czy innych produktów (ja jestem w trakcie kuracji Effaclarem Duo, a Ewa Triacnealem).
W swojej karierze próbowałyśmy naprawdę wiele peelingów, ale ten już po pierwszym użyciu został naszym faworytem.  Gdyby nie nieregularność drobinek byłby chyba idealny.

Cena: 7.40 zł za 100 g (co chyba starczyłoby do końca życia!)

Dostępność: strona e-naturalne, klik.



Jeśli kiedykolwiek ten peeling nam się skończy planujemy spróbować wersji malinowej.

A Wy? Jakie peelingi polecacie? Ja bardzo długo byłam fanką morelowego St Ives'a, ale ten bije go na głowę.

Buziaki
K

sobota, 15 września 2012

Zakuposki jesienno-zimowe

Hej, hej

Witam Was moje drogie, przepraszamy za nieobecność ale naprawdę dużo się dzieje i czasu brak. Dzisiaj przychodzę do Was z haulem jesienno zimowym. Ostatnio pisałam o nowych butach, dziś dawka jesiennych must have'ów których brakowało, a raczej nie było w mojej szafie. W końcu po przeglądnięciu setek stron odnalazłam kurtkę, która wpasowuje się w to czego szukałam. Ku mojemu zdziwieniu nie musiałam jej zamawiać, a szczęście napotkało mnie w stacjonarnym sklepie New Look. Tak z głupa, a zarazem okazji wolnego dnia postanowiłam wyruszyć na podbój sklepów z nadzieją, że może coś tam znajdę. Niestety miasteczko Aberystwyth nie może pochwalić się rozmaitymi sklepami, więc musiało mi wystarczyć odwiedzenie Dorothy Perkins, New Looka czy Next'a. W DP nic ciekawego nie znalazłam, NEXT za daleko i ku mojemu zdziwieniu w New looku znalazłam to czego szukałam! KURTKA yeee, nareszcie ją mam. Dziwne bo zaglądałam tam wcześniej i jej nie było. Co tu dużo gadać poniżej zdjęcia kurtki i innych łupów:


Ze skóry ekologicznej, sama nie wiem jak ją określić bo ramoneską nie jest, ale coś z niej ma. Jest hmm. .inna. Skórzana z bawełnianymi wstawkami (rękawy od wewnątrz,oraz kołnierz (?)). No nie wiem, mnie sie podoba, baardzo.


Sweterek nr1. kolor: zielono-brązowo-szary. Kolejny dziwoląg. Pod spodem jakaś koszulka i całość wygląda ekstra.



Sweterek nr2. Czerwono czarny melanż z zaskakująco długimi rękawami. Plus za przemiły materiał :)



Jako bonus wzięłam bordowy top (fajnie wygląda pod sweterkiem nr1) oraz galaktyczną chustę/apaszkę w pięknych kolorach (LOVE <3)


SEZON JESIENNO ZIMOWY UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTY!

Podoba się? Jakie są wasze ciuchowe plany na jesień/zimę ?

Ewa

środa, 5 września 2012

Chudniemy do grudnia: po 3 tygodniach.


Dziewczyny!
O ile z motywacją do pisania bloga jest u nas średnio, tak z motywacją do akcji jest bardzo, bardzo dobrze.
Akcję zaczęłyśmy 15go sierpnia, czyli dokładnie trzy tygodnie temu. Nie pisałyśmy Wam jeszcze jakie są nasze cele i jak staramy się do nich dążyć - i przede wszystkim jakie są tego efekty - więc może to będzie dobry temat na pierwszą podsumowującą notkę. Dzisiaj moje podsumowanie tego jak udało mi się przebrnąć przez te trzy tygodnie i jakie zmiany w sobie zauważyłam, jakie popełniałam błędy i tak dalej.

Przede wszystkim obydwie chcemy dążyć do naszej wymarzonej wagi powoli, racjonalnie i możliwie bez przyszłego efektu jojo. Przez pierwsze trzy tygodnie ja głównie przestawiałam się na inne podejście do "diety" samej w sobie i nie liczyłam tak bardzo na spadek wagi - chciałam spróbować przestawić się na inny tryb życia i odżywiać się według nowych zasad (w miarę możliwości, oczywiście).

Co robiłam przez te 3 tygodnie?

Od samego początku akcji postanowiłam całkowicie odstawić słodycze - bo to moja pięta achillesowa (uwielbiam czekoladę!). Dla Was może wydawać się to banalnie proste do wykonania, ale dla mnie do tej pory, na każdej diecie, nie było nic trudniejszego.. Z dumą mogę powiedzieć, że w przeciągu tych trzech tygodni po czekoladę sięgnęłam tylko trzy razy. I to w dodatku po bardzo małe jej ilości - więc to dla mnie wielki krok! Zauważyłam, że przy zbilansowanej diecie ochota na słodycze jest naprawdę bardzo mała.

Po drugie postawiłam na picie wody. Minimalnie dwóch litrów dziennie, bo jak wszyscy wiemy, woda jest zbawienna dla naszego organizmu, a ja często zapominałam o jej piciu. O ile przez pierwsze dwa tygodnie rzeczywiście wypijałam dwa litry (bardzo pomaga w tym picie z jednej butelki - szybciej widać ile nam ubyło), tak w ostatnim tygodniu szło mi trochę gorzej. Ale tą notkę piszę już kończąc pierwszą półlitrową butelkę, więc nie jest tak źle.

Dodatkowo, ani razu nie zjadłam pszennego pieczywa (!). Bardzo posmakował mi chleb żytni (notka o chlebie tu), aczkolwiek kanapki jadłam raczej sporadycznie - raz na dwa, trzy dni.

Picie wody, odstawienie słodyczy i chleba to były moje trzy żelazne punkty od których chciałam zacząć dietę więc poszło mi naprawdę bardzo dobrze, z czego się cieszę. Pomógł mi fakt, że w domu nie było czego podjadać i nic mnie nie kusiło. Oczywiście dodatkowo odżywiałam się zdrowo, starałam się jeść dużo warzyw i owoców, unikać smażonego i jedzenia na 4 godziny przed snem. To właściwie wszystko..

Jeśli chodzi o ćwiczenia - no tu bywało różnie. Ja od dziecka nie cierpię ruchu i wysiłku fizycznego - nie ćwiczyłam na wfie, nie biegałam, nie sprawiało mi to przyjemności, więc nie nastawiałam się, że nagle zacznę być super sportowcem ćwiczącym po trzy godziny dziennie.

Na początku codziennie, a potem co dwa, trzy dni, robiłyśmy "Skalpel" Ewy Chodakowskiej. Ćwiczenia są naprawdę fajne nawet dla takich laików jak ja. O ile w swoim ciele nie widzę jeszcze ogromnej różnicy, tak wymiary mówią same za siebie.. :) Natomiast wczoraj spróbowałam zrobić "Killera" - i rzeczywiście, prawie mnie ten killer zabił - nigdy więcej! Polubiłam też bardzo jeżdżenie na rolkach i od paru dni jeżdżę codziennie przez pół godziny.

Ogólnie za te trzy tygodnie sama sobie daję plus - i oby tak dalej!

Teraz czas na efekty.. Pozwólcie że nie podam Wam wymiarów początkowych - ale jak już osiągnę swój cel to się pochwalę :)

Waga: - 4 kg. Prawdopodobnie zeszła ze mnie po prostu woda, ale to i tak jest bardzo motywujący wynik!
Uda: - 2,5 cm.
Biodra: - 1 cm.
Brzuch: - 2 cm
Talia: - 4,5 cm (!)
Biust: - 2 cm
Ramiona: + 1 cm (to jest dziwne, chyba będę koksem..)

Ogólnie - jak na trzy tygodnie, nie są to spektakularne wyniki. Ale ja czuję się lżejsza, mam więcej energii i jest mi zdecydowanie lepiej, więc trzymam kciuki, żeby dalej mi się tak podobało.. 

Dajcie znać jak Wam idzie, mam nadzieję, że nikt z akcji jeszcze nie odpadł?

Buziaki
K.

czwartek, 30 sierpnia 2012

W końcu! Nowe buty na jesień :)

Cześć dziewczyny!

Na początek chcemy przeprosić za nieobecność, ale ostatnio miałyśmy z Kasią strasznie dużo na głowie: remont, praca ehh.. Mamy nadzieję, że wrócimy do blogosfery z wielkim powerem :) Dzisiaj chciałabym Wam pokazać nowe butki. Jestem osobą dość nieogarniętą, że tak powiem i zawsze wydaje mi się, że cały rok będą mi towarzyszyć baleriny. W UK śnieżnej zimy nie ma, ale za to niespodziewane deszcze albo raczej ulewy, są na porządku dziennym. Już zaczyna się wrzesień a ja zerkając do szafy zauważyłam, że brakuje mi 2 podstawowych elementów garderoby: butów i kurtki. To pierwsze mam za sobą, ale kurtki nadal poszukuję :( Jeśli chodzi o buty to chciałam takie, które są bardzo proste, ale zarazem żeby się czymś wyróżniały. W końcu na stronie Dorothy Perkins znalazłam buty idealne! (Przepraszam za jakość zdjęć ale pogoda daje w kość!)





Jak widać buty są o prostym kroju, w kolorze czarnym. To co przykuło moją uwagę i zachwyt to złote detale takie jak zamek z boku i obcas (niestety zdjęcia nie oddały piękna tych butów). Także od dziś będę się wozić na bogato, stukając złotymi obcasami :)) Co sądzicie?

Niedługo nasza notka podsumowująca tydzień do akcji chudniemy do grudnia! Pamiętajcie, że zawsze możecie dołączyć!

Buziole, Ewa:*

piątek, 24 sierpnia 2012

Chleb na diecie - jeść czy nie jeść? / Chudniemy do grudnia.


Cześć dziewczyny!
Dzisiaj post z serii dietowych :) Jak tylko zawzięłyśmy się z Ewą, że bierzemy się za siebie ja postanowiłam od początku swojej "diety" (a raczej zdrowszego trybu życia) zrezygnować z chleba. Niestety miałam z tym niemały problem. Dlaczego? Bo nie umiem nie zjeść w ciągu dnia kanapki - nie ma nic lepszego niż kanapeczka z pomidorkiem, białym serkiem czy pastellą (którą też staram się ograniczać, ale ciężko mi wychodzi :D). Dla mnie kanapka to podstawa w ciągu dnia, nie wspominając o takiej z bułeczki, chrupkiej w środku, miękkiej na zewnątrz, pięknie pachnącej i jeszcze ciepłej.. Ahhh.. No cóż, jestem kanapkowym stworem i nic na to nie poradzę! Z drugiej strony wieeele się słyszy o szkodliwym, tuczącym czy nawet ultrakalorycznym chlebie, który nic nie robi, tylko wypełnia nasz żołądek pustymi kaloriami. Czy na pewno tak jest? No właśnie nie, dlatego ja zrezygnowałam z białego, przetworzonego pieczywa na rzecz razowego.

Na samym wstępie:
Dlaczego warto jeść chleb?
(oprócz nieopisanej miłości do KANAPEK) 

Przede wszystkim chleb (ten pełnowartościowy, o którym napiszę później) jest źródłem węglowodanów, których potrzebujemy chociażby do trawienia tłuszczy czy pobudzania naszego organizmu. Poza tym jest pełen błonnika - który nie dość, że wpływa zbawczo na nasz metabolizm, przyspieszając pracę jelit to jeszcze bardzo pomaga podczas diet pęczniejąc w żołądku i tym samym sprawiając, że szybciej się najadamy i uczucie sytości nie znika po pół godziny.
Co więcej, chleb jest źródłem wielu witamin - przede wszystkim tych z grupy B, które są ważne dla naszego metabolizmu, a także minerałów - magnezu, cynku czy żelaza.
Całkowite odstawienia chleba to nienajlepszy pomysł - ale wybieranie tego pełnowartościowego podczas zakupów może nam bardzo pomóc.

Jaki chleb wybrać?
Ogólnie, najpopularniejsze pieczywo, jakie możemy dostać w Polsce (niestety w UK oferta jest koszmarnie zawężona) dzieli się na:
1. Pieczywo pszenne
2. Pieczywo żytnie
3. Pieczywo mieszane (pszenno-żytnie)
"Najzdrowsze" z nich wszystkich jest pieczywo żytnie, często niestety odstawiane na rzecz pszennego.

Pieczywo pszenne, czyli, krótko mówiąc - białe, robione jest z pszenicy, czyli z z mąki pszennej :D Czasem nawet z cukru (!). Taka mąka jest niestety bardzo często wysoko przetworzona - chleb właściwie wypiekany jest nie z ziaren, a z oczyszczonej mąki - czyli nie ma zupełnie wartości odżywczych i błonnika. To sprawia że biały chleb jest szybko trawiony, syci nas na krótko, i w wielu przypadkach, jest niezwykle kaloryczny. Ile razy po bułeczce zjedzonej na śniadanie robiłyście się głodne za godzinę? Ja bardzo często.


Naszym największym wrogiem jest pszenny chleb tostowy. Tostowe pieczywo jest pełne konserwantów, chemii i spulchniaczy - w końcu jego data ważności nierzadko przekracza miesiąc - a to za sprawą emulgatorów (szczególnie 5-285) które działają antypleśniowo i spulchniająco. Wiele chlebów dostępnych do kupienia w supermarketach zawierają utleniacze - które odpowiadają za biały kolor, bądź odwrotnie - swój ciemny kolor zawdzięczają karmelowi (!).
Krótko mówiąc: białe pieczywo zapycha, rozpycha, powoduje wzdęcia i nie robi nic dobrego dla naszego organizmu.

Pieczywo żytnie (razowe).
Takie pieczywo powstaje z mąki żytniej, głównie do jego produkcji używany jest zakwas - czyli drożdże i bakterie kwasu mlekowego. Co to daje? Ano to, że taki chleb ma lekko kwaskowaty smak i wolniej czerstwieje, nie będąc tym samym "sztucznie podtrzymywany" przez konserwanty czy inną chemię używaną w pieczywie pszennym. Proces tworzenia takiego chleba trwa też dłużej, jest bardziej skomplikowany - ale nie jestem piekarzem, więc za wiele wam w tej materii nie powiem.


Takie pieczywo, przede wszystkim, zawiera dużo błonnika. Jedna kromka chleba razowego to około 5 gram błonnika, czyli 1/4 dziennej dawki! W ten sposób przyspieszamy pracę swoich jelit. Węglowodany, czyli cukry, zawarte w razowcu podnoszą poziom glukozy we krwi - co z kolei sprawia, że nie chce nam się jeść słodkiego (sprawdzone!). Poza tym zawiera dużo witaminy z grupy B i magnezu. W porównaniu do pieczywa pszennego, pieczywo razowe jest naprawdę o wiele zdrowsze.
Warto wspomnieć jednak, że chleb razowy jedzony w nadmiarze może nam utrudnić trawienie, więc nie należy z nim przesadzać.

Niestety, my z Ewą mieszkamy teraz w UK, a tutaj z chlebem razowym jest bardzo ciężko. Ciemne chleby najczęściej koło razowego nawet nie stały, tylko ładnie go imitują na półce, pięknie pachną, ale wiele nie dają. Dlatego my zajadamy się pumperniklem, bądź wysyłamy sobie chleby z Polski. Moim ulubionym (nie tak zdrowym jak ten prosto z piekarni, wiadomo..) jest chleb Fitness z Schulstadu! Ale często też wspomagamy się Vasą.. No niestety, jak się nie ma co się lubi..


Pamiętajcie jednak, że to że zastąpicie chleb pszenny żytnim nie sprawi, że magicznie schudniecie. Wszystko co spożywamy w nadmiernych ilościach może tuczyć. Warto zrezygnować z białego chleba nawet na chwilę, wykluczyć go ze swojej diety i zobaczyć jak reaguje nasz organizm.
Jakie są Wasze doświadczenia z chlebem podczas diety?
Dajcie znać jak Wam idzie!

PS. Do akcji dołączyły się kolejne dziewczyny, a także pierwszy mężczyzna!

31. Paulahttp://polka90-codziennie.blogspot.co.uk/
32. animowy_ http://meskakosmetyczka.blogspot.co.uk/
33. maolamiahttp://maolamia.blogspot.co.uk/
34. Annahttp://anna-kosmetykoholiczka.blogspot.co.uk/
35. Zyskowahttp://my-red-hair.blogspot.co.uk/
36. ancyk http://bazarekkosmetyczny.blogspot.co.uk/
37. Hikkihttp://comeherehikki.blogspot.co.uk/

Buziaki
K

środa, 22 sierpnia 2012

Różowy flaming!

Cześć dziewczyny!

Dzisiejsza notka będzie opowiadać o lakierze do paznokci. Niestety jego przypadek przyprawił mnie o ból głowy i o godziny rozmyślań. Zdaję sobie sprawę, że na blogach jest mnóstwo dziewczyn, których kolekcja lakierów przekracza trzydzieści, czterdzieści czy nawet osiemdziesiąt sztuk. No cóż, nie pogardziłabym. Nie ma się co oszukiwać - kto by nie chciał. Zawsze jednak wydawało mi się, że mnie tak dużo nie jest potrzebne, że w swoich zakupach i wyborach jestem rozsądna blababla. Jakież było moje zdziwienie kiedy porządkując kosmetyki znalazłam dziesięć lakierów (!), które kupiłam, odłożyłam i nigdy nie miałam na paznokciach.. Dla niektórych to może nie tak dużo - dla mnie jest to przerażająca liczba, bo gdzieś chyba zatraciłam się w całej swojej lakierowej manii.. Z mocnym postanowieniem poprawy wrzuciłam jeden z tych odcieni na paznokcie i.. zakochałam się! :)

BarryM, 305, Pink Flamingo


Kolor w rzeczywistości jest o wiele intensywniejszy niż na zdjęciach, ale ciężko mi było go uchwycić. Piękny, nasycony, może trochę neonowy róż. Trzyma się bez zarzutu 4 dni, po którym zazwyczaj zmieniam kolor - a wydaje mi się, że trzymałby się i dłużej. Lakiery Barry M są naprawdę fajnej jakości, pędzelek łatwy w obsłudze, na paznokciach mam jedną (!) warstwę. Nie wiem jak schnie, bo zawsze używam topa z Seche Vite.



Jak Wam się podoba?
Lubicie takie nasycone kolory na paznokciach?

Chciałybyśmy Was przeprosić za naszą niespodziewaną przerwę, ale ja wróciłam do Walii i nadrabiamy z Ewą trzymiesięczne zaległości.. :) Zdążyłam też od soboty przeprowadzić się do innego pokoju, pomalować go i jako-tako się urządzić.

Jeśli chodzi o naszą akcje Chudniemy do grudnia - to jak najbardziej się jej trzymamy. Wczoraj poczyniłyśmy pierwszy trening z  Ewą Chodakowską - i było CIĘŻKO, ale za to dziś biegniemy na basen i może na rolki wieczorem. Cały tydzień udokumentujemy w weekendowej notce :)

Buziaki
K

piątek, 17 sierpnia 2012

Nowy zastępca Tangle Teezer znaleziony!

Witam Was dziewczyny w ten piękny piątkowy poranek!

Od X lat w moim domu w Polsce mieszka szczotka z włosia dzika (ulubiona szczotka taty). Zawsze zastanawiałam się nad jej fenomenem, włosy rozczesywała szybciorem wygładzając i nadawając im blasku - Szczotka, tak wiem dziwne ,ale to prawda!

W końcu! w końcu udało mi się znaleźć szczotkę idealną. Mój Tangle Teezer ma już ponad rok i niestety stracił swoje 'magiczne' ,że tak powiem właściwości. Moja ostatnia wizyta w Bootsie zaowocowała nowym przyjacielem.

Szczotka KENT model NS01


Szczotka jest wykonana z włosia naturalnego jak i syntetycznego. Rozczesuje włosy w błyskawicznym tempie! W działaniu jest bardzo podoba do 'tatowej' szczotki  z dzika. Wygląda bardzo solidnie i nie jest ciężka, a używanie jej to sama przyjemność. Na dodatek jest rekomendowana przez królową (ale to chyba bujda).



Szczotka kosztowała ok 9 funtów. Tangle Teezer kosztuje 10-12f i niestety nie jest zbyt trwały (przynajmniej przy moich włosach). Z tego cacka jestem mega zadowolona i polecam każdej z Was!




Buziaczki i miłego weekendu!:*
Ewa

środa, 15 sierpnia 2012

Akcja Chudniemy do grudnia - rozpoczęta!


Dziewczyny!
Z wielką przyjemnością chciałam poinformować, że do blogowej akcji chudnięciowej ;P zgłosiło się Was aż trzydzieści! Nie spodziewałyśmy się w ogóle takiej liczby - ale to naprawdę super.
Przeczytałyśmy wszystkie zgłoszenia i naprawdę dziewczyny - podchodzicie do całej akcji super - bardzo rozsądnie, bez restrykcyjnych i niezdrowych diet, a raczej skupiacie się na prawidłowym odżywianiu i poprawianiu swojego samopoczucia. Mamy nadzieję że nasze większe i małe cele będzie nam prościej osiągnąć razem, wzajemnie się motywując.

Lista dziewczyn, które się zgłosiły - kto się wystraszył i nie zgłosił niech podgląda, bo niektóre z nich już piszą jak im idzie :)

1. Cherie Currie http://wildxgirl.blogspot.com
2. zzaza http://zzaza.blogspot.com
3. Kamyczek http://kamykowyswiat.blogspot.com/
4. RainyOne http://przypominajkakosmetykowa.blogspot.com
5. ThisJuss http://kupujzjusia.blogspot.com
6. Asia http://moj-lifestyle.blogspot.com
7. grimagee http://grimagee.blogspot.com/
8. Malgoska Malgosienka http://bebeautifulbeyourself.blogspot.co.at/
9. Nieprofesjonalna http://nieprofesjonalnieokosmetykach.blogspot.co.uk/
10. naturalna http://naturalna-pink-glasses.blogspot.com/
11. tosiaczek666 http://tosiakowo.pl
12. Rincewind99 http://rincewind99.blogspot.com/
13. mala0727 http://mala0727.blogspot.com/
14. ziuz http://szkatulka-ziuzia21.blogspot.com/
15. theagnes87 http://theagnes87.blogspot.com
16. planet_hell [Planet Hell] http://xplanethell.blogspot.com
17. Secret http://secret-zdrowieiuroda.blogspot.com
18. Redsun http://biglovefashion.blogspot.com
19. natek.- brak bloga
20. moca http://moca-ma-koka.blogspot.com/
21. Nikii:D http://nikorek.blogspot.com
22. helloyellow. http://halloyellow.blogspot.com
23. Iv http://oazawlosow.blogspot.com/
24. madamegreen http://madamegreen-testerka.blogspot.com/
25. lessfatgetskinny http://lessfatgetskinny.blog.interia.pl/
26. Sajjidaa http://sajjidaa.blogspot.com
27. ayeczka - brak bloga
28. kruszynkakasia http://kruszynkakasiaopinie.blogspot.com
29. Julka http://julkasplace.blogspot.com
30. Braid http://addictionfromhair.blogspot.com

My trzymamy za Was wszystkie mocno mocno mocno kciuki i zaczynamy nasz grudniowy plan!
Oczekujcie u nas cotygodniowych notek z naszym progresem i poradami :)

Buziaki
K i E